|
Załoga:
Adam Rogaliński (Kielce) –
kapitan
Marcin Banach (Kielce – Londyn)–
z-ca kapitana i IV wachta (od Aberdeen)
Hubert Długosz (Kraków) – I
oficer
Zbigniew Olszowski (Warszawa) –
II oficer
Krzysztof Reszke (Kielce) – III
oficer
Jerzy Ziętal (Kielce) – IV oficer
Magda Waldon (Kielce) – I wachta
Piotr Waldon (Kielce) – II wachta
Michał Albiniak (Poznań) – III
wachta
Piotr Łyżwa (Kielce) – IV wachta
(do Aberdeen)
Rejs zaczął
się 11 czerwca 2006 r. w Esbiergu z półdniowym opóźnieniem. Poprzednia ekipa
nie zdążyła dopłynąć na czas mimo dobrych warunków pogodowych. Jednak atmosfera
tego portowego, rybackiego miasteczka ostudziła troszeczkę emocje i pomogła
spokojniej znieść oczekiwanie na jacht. Czas spędziliśmy więc na zwiedzaniu
centrum, parku, dzielnicy portowej i innych atrakcjach. Trafiliśmy na uliczny
bieg z kilkoma tysiącami uczestników, orkiestrą i grupą wojskowych
strzelających z małych działek na sygnał startu. Zrobiliśmy także kilkanaście krawatów
z "rybackiej" linki leżącej w kawałkach w porcie w miejscu napraw
sieci. Spacerując zebraliśmy "części zapasowe" - jakiś kawałek
kantówki drewnianej, nierdzewny drut, śrubki, dekle i inne drobiazgi, które na
rejsie na pewno będą potrzebne.
Po przejęciu
jachtu okazało się, że jest masa pracy. Przede wszystkim czekało nas
sprawdzenie naciągu takielunku i jego poprawa, zabezpieczenie wszystkich
ściągaczy, do tego wjazd pod topy masztów i sprawdzenie wszystkich połączeń.
Usztywniliśmy też maszt w opętniku, tak, że jego ruchy zmniejszyły się do
rozsądnej wielkości. W tym czasie inne osoby zajęły się ształowaniem
wyposażenia i wyżywienia na 3 tygodnie, montażem komputera nawigacyjnego,
sprawdzeniem pomp, zaworów, silnika, przygotowaniem map, locji, spisów świateł,
tablic pływów, tablic prądów, prognozami pogody, mapą synoptyczną na najbliższy
tydzień, wstępną kalkulacją czasów przelotu na poszczególnych odcinkach rejsu
itd.
Wreszcie w
nocy, po zakończeniu wszystkich prac, po wyczekaniu na moment rozpoczęcia
odpływu, oddaliśmy cumy i ... teraz tylko morze. Nasz plan to Aberdeen w
Szkocji. Musimy tam być w piątek rano, żeby Piotr, który kończy rejs, zdążył na
autobus na lotnisko do Glasgow, skąd wróci do Polski. Na jego miejsce wsiada
Marcin, który będzie uczestniczyć w pozostałej części rejsu. Warunki pogodowe
zmienne, dość ciepło, wiatr niezbyt silny. Po drodze spotkaliśmy wspaniałe
stado delfinów, które towarzyszyło nam w szybkiej żegludze skacząc przed
dziobem. Jak się miało okazać nie były to jedyne "egzotyczne” dla nas
zwierzęta spotkane na rejsie. Pomagając czasem silnikiem (ładowanie
akumulatorów i zastąpienie Eola, który nie zawsze miał ochotę współpracować)
udało się dopłynąć na podejście Aberdeen w czwartek po południu. Z tabel pływów
i atlasów prądów, a także z locji wynikało, że ... możemy spotkać na wejściu
przeciwny prąd o sile nawet do 6 węzłów. Z naszego jachtu nie da się wycisnąć
na silniku więcej niż 5, więc możemy mieć poważne kłopoty. Na szczęście
kapitanat portu dzielnie przyszedł nam z odsieczą podając, że prąd jest dziś
niewielki i nie musimy czekać 5 godzin do zmiany pływu. Poprowadził nas jak po
sznurku do boi podejściowej i zezwolił na wejście. Żagle w dół, silnik pół na
przód i wchodzimy ... w stado fok i delfinów żerujących tuż przed portem.
Dziwimy się, że nie ma ruchu w tym niezwykle ważnym porcie, jednak ... było to
złudne wrażenie. Okazało się, że Kapitanat wstrzymał ruch, abyśmy mieli
bezpieczne, niestresowe wejście. Gdy tylko wpłynęliśmy do jednej z odnóg portu,
statki jeden za drugim znalazły się w kanale podejściowym. Byliśmy tym
zaskoczeni, że na ponad pół godziny wstrzymano ruch, mimo że oni przecież
pracują, my pływamy dla przyjemności.
Stanęliśmy
longside do kutra patrolowego, na burcie którego już stał oficer z papierami
celnymi. Uśmiechnięty pomógł w cumowaniu i bardziej niż papierami interesował
się naszym rejsem - był podekscytowany hasłem Wyspy Owcze. Po uiszczeniu 16
funtów (minimalna stawka, bez względu na to czy będziemy tam 1 czy 5 dni)
opłaty i podaniu listy załogi (ku zaskoczeniu oficera, było na niej wszystko
to, co chciał ręcznie wpisywać do rubryczek swego druczku) udostępnił nam swój
własny „biurowy” prysznic, zostawił klucze do kantorka, abyśmy mogli z niego
korzystać i życzył udanego pobytu. Klar portowy, kolacja, piwo na jachcie. Na
następny dzień zwiedziliśmy piękne, ale głośne i ruchliwe miasteczko. Sporo
zabytków, sporo małych, szkockich uliczek. Wszędzie granit, dużo zieleni,
niemal monumentalne kościoły. Po południowej zmianie w załodze i tankowaniu paliwa
przy okazji jego przywozu do portu przez cysternę (do oporu wraz z kanistrami –
cena … pół funta za litr, czyli sporo mniej niż w Polsce), szykowaliśmy się do
wyjścia. Jeszcze piwo w tradycyjnym, nie dla turystów, lokalnym pubie, gdzie
wszyscy chcieli z nami porozmawiać o tym jak się to stało, że zawitaliśmy do
ich miasta i czemu wybieramy się na północ, na Owcze. Wyjście łatwe, z prądem o
sile ok. 2-3 węzły. Potem żagle, silnik w odstawkę i spokojna cicha żegluga na
północ.
Następny etap
to pobliskie Orkady, które rysowały się w nocnym mroku.
Z materiałów nawigacyjnych wynikało, że pojawiają się tu prądy o sile nawet 11
węzłów. Dla naszego okrętu to sporo za dużo. W cieśninę pomiędzy południowym
cyplem Orkad i północnym Szkocji musimy wejść za kilka godzin, aby na całej
długości przejścia mieć prądy korzystne lub niekorzystne, ale o małej sile.
Stanęliśmy w dryf manewrem monachijskim na foku i bezanie. Po dwóch godzinach
zaczęliśmy przejście. Świtało. Na wysokości Scapa Flow prądu się nie odczuwa, ale
milę dalej, zabrało nas i … nasza marszowa prędkość wzrosła z 3 do 6 węzłów
(!). Oceaniczna, długa, przeciwna fala spowodowała wypiętrzenie się fal
pływowych i pojawienie się słynnych bystrzy. Skaczemy na stromej 2-metrowej
fali, ale mile uciekają jak szalone. Nie chcę nawet myśleć o mocniejszych
prądach. Za cyplem kierujemy się na północ. Z korzystnym wiatrem jesteśmy na
podejściu do Stromness o właściwej porze. Pływ się odwrócił, więc wjeżdżamy do
portu z korzystnym prądem.
Stajemy w
małej marinie jachtowej, w której jest dość płytko, więc ustawiamy się na
koniuszku pirsu, oczywiście longside. Jest woda, prąd, i jest też opiekun
mariny Piermaster. Przynosi nam materiały reklamowe o Orkadach, daje mapki i
pokazuje na nich co warto zobaczyć na wyspach, gawędzi z nami długo. Przemiły
człowiek. Kolejny, który nie musi, ale chce abyśmy byli zadowoleni. Z
przejęciem wypytuje o nasz rejs i o nasz jacht. Pokazuje gdzie są sanitariaty,
prysznice itd. Każdy wpływający do Stromness na pewno na niego trafi. Warto z
nim pogadać bo zaoszczędzi to dużo czasu. Wieczorem idziemy na spacer. Marcin
rozstawia statyw, aby zrobić zdjęcie – panoramę okolicy, ale … z pobliskiego
domku wychodzi starszy pan i nakłania nas, abyśmy idąc przez jego pole wdrapali
się na szczyt pobliskiego wzgórza, stamtąd będą lepsze zdjęcia. Jesteśmy
zaskoczeni uprzejmością, a szczególnie
tym, że chciało mu się wyjść z domu i że chce abyśmy deptali po jego
gruncie. Orkady już mi się podobają, świetni ludzie. Robimy zdjęcia i idziemy
na mecz do miejscowego pubu. Oczywiście lokalne piwo … niestety bezchmielowe, w
smaku przypomina polski sorbowit, pamiętany z dzieciństwa. Z piwem nie ma wiele
wspólnego, ale trzeba spróbować czegoś lokalnego. Następny dzień to daleka
wyprawa miejscowym autobusem do stanowiska archeologicznego Scara Brae. Jest to
osada z kamiennymi zabudowaniami sprzed … 5000 lat. Obok śliczny pałac. W
części muzeum, w części zamieszkany przez rodowych właścicieli. Dalej na
piechotę… jakieś 10 kilometrów w deszczu i … gigantyczny krąg kamienny. Może
trochę mniejszy niż Stonehenge na południu Anglii w hrabstwie Wildshire, ale za
to mniej znany … i bardziej surowy a do tego starszy. Idziemy dalej, po prawej
… jezioro z … dwiema wielkimi fokami. Coś tu nie tak, jak się znalazły w
jeziorze? Wszystko się wyjaśnia, gdy w ręce weźmie się mapkę. To jeziorko
podczas przypływu ma kontakt z morzem, foki zapewne wpływają tu na żer.
Autobusem do mariny, przygotowujemy jacht do przejścia na Owcze.
Z samego rana
wraz z korzystnym prądem wypływamy przez bystrza odpływu. Niezła jazda. Gdy
Orkady bez słynnych orek znikają za widnokręgiem, tężeje wiatr. Po sklarowaniu
grota na 2 ref, nie stawiamy go i pod bezanem i fokiem płyniemy około 5 węzłów.
Na odcinku Orkady - Owcze łapiemy kilka makreli. Świeża makrela z patelni,
mniam, palce lizać. Wyspy Owcze nie są tak bardzo daleko. Po ponad dwóch dobach
już je widać w gęstej czapie chmur. Wieczorem zbliżamy się do Torshavn –
stolicy archipelagu.
Jest tu
świetny port z mariną. Wszystko dobrze osłonięte od wiatrów z każdego kierunku.
Wszędzie granitowe skały. Kapitanat portu jest w wielkim zakłopotaniu, bo nie
ma miejsc dla gości w marinie, a nabrzeże handlowe koło biura jest zajęte.
Stajemy przy pomoście zajmowanym na co dzień przez miejscowy mały kuter. Marcin
idąc do kapitanatu by omówić nasz pobyt, spotyka celnika. Ten podwozi go do
biura kapitanatu gdzie
przepraszają, że takie marne warunki postoju. Dla nas to szok. Wszystko
jest, miejsce wygodne, jest prąd, wodę weźmiemy przy wyjściu z portu na
nabrzeżu przetwórni ryb, sanitariaty dość blisko przy uroczej portowej
promenadzie starego miasta. W kapitanacie sprawdzają, że możemy stać kilka dni
na zajętym przez nas miejscu, bo kuter poszedł do innego portu. Celnik cały
czas czekał, aby Marcin nie nachodził się za dużo. Podwozi go na jacht i
informuje, że wróci za pół godziny zrobić odprawę. Faktycznie, pojawia się
wkrótce. Wypełnia druki, pyta się
standardowo o alkohol i papierosy - mamy tego minimalne ilości. Na nasze pytanie,
gdzie możemy znaleźć Imigration Office, dzwoni do kogoś i ponagla go, aby jak
najszybciej znalazł się na naszym jachcie. Policjant zjawia się za chwilę,
uśmiecha się, bierze paszporty do ręki, z dużym trudem odczytuje nazwiska i …
życzy miłego pobytu na Wyspach. Uprzedza pytanie, że nie musimy przy
wypłynięciu z Archipelagu odprawiać się u kogokolwiek.
Teraz
zaczynamy program turystyczny – zwiedzamy starówkę i część portową. Mimo, że
jest już sporo po godzinie 24, jest zupełnie jasno. Idziemy więc zobaczyć
jeszcze centrum. Następny dzień wypełniony jest atrakcjami. W Avisie pożyczamy
samochody (nowiutkie mazdy) i objeżdżamy atrakcje Wysp Owczych. Na początek
urokliwa miejscowość na końcu świata z kilkusetletnią katedrą i 25
mieszkańcami. Na miejscu zjadamy na surowo małże wyłowione prosto z wody.
Niektórzy nie mogą się przekonać do takiego rarytasu, ale jest to znakomity
przysmak. Mała zatoczka z porcikiem dla miejscowych łodzi, kilka regionalnych
chałup krytych darnią, słodka woda spadająca z wodospadu … Tu można zostać na
długo. Leżeć na trawie, patrzeć na skaliste, niemal pionowe zbocza, przyglądać
się pufinom (miejscowa nazwa ptaka – maskonura). Następnie objechaliśmy
większość miejsc na terenie Wysp, zaznaczonych na turystycznej mapie jako warte
zobaczenia. Byliśmy w miejscach, do których jedzie się kilometrami serpentyn o
szerokości jednego samochodu. Na szczęście co jakiś czas są poszerzenia –
mijanki. W polskich warunkach – nie do realizacji, nikt nikogo by nie
przepuszczał, ale tam jest to normalne. Jak pojawia się samochód z przeciwnej
strony, zjeżdża się na mijankę i puszcza inne auto. Wszyscy, także kierowcy, są
niewiarygodnie mili. Na każdym kroku widać owce, jest ich na Wyspach dwukrotnie
więcej niż mieszkańców. Po zwiedzaniu – dobra kolacja. Część załogi wybrała się
do restauracji na lokalne danie – stek z jelenia. Niestety baraniny zabrakło, a
pufin w knajpie hotelowej z racji ceny był poza zasięgiem. Na następny dzień
zwiedzanie stolicy. Długi spacer po pięknym parku utrzymywanym wielkim nakładem
sił i środków (na wyspach praktycznie nie ma drzew). Zabytkowe uliczki i domy
kryte darnią, w basenie portowym wciąż ćwiczące załogi łodzi wiosłowych w stylu
retro. Trzeba przyznać, że opisy stałego zamglenia i niemal ciągłych opadów
deszczu nie sprawdziły się. Południowa strona wysp była słoneczna, północna w
chmurach, generalnie pogoda nad podziw dobra.
Wszystko co
dobre - kończy się za szybko i już wieczorem przygotowujemy się do wyjścia w
morze. Kupujemy kawałek wieloryba w supermarkecie, tankujemy wodę i wypływamy
na zatokę, a następnie na otwarte morze. Czeka nas kilka dni żeglugi, jeśli
starczy czasu może zahaczymy o Szetlandy.
Walczymy z tym
kawałkiem wieloryba. Jest okrutnie słony, zatem w plastrach ląduje w mleku.
Dopiero na następny dzień okazał się zdatny do przełknięcia. Wiatr korzystny,
dość silny, czasem nawet 6 w skali Beauforta. Zimno i leje. Północny wiatr,
który chyba rozpoczyna swój bieg w Arktyce nad biegunem, właśnie do nas dotarł.
Nocne wachty są trudne do wytrzymania mimo dobrych sztormiaków, polarów,
grubych swetrów, czapek i rękawic. Rankiem drugiego dnia widać Szetlandy,
szybka analiza kierunku i siły prądów. Jest decyzja o wejściu do małego portu
na północy Szetlandów. Będzie trzeba przeskoczyć przez obszar silnych prądów z
bystrzami, ale już wiemy jak to wygląda. Stroma, na szczęście niewysoka fala i
po południu składamy się do południowego wejścia do Baltasound.
Mały port i
jeszcze mniejsza miejscowość. Nikogo nie ma w niedzielę na nabrzeżu, gdzie leży
mnóstwo sieci i klatek na kraby. Stoimy po zewnętrznej stronie betonowego
pirsu. Jest ślicznie. Po godzinie pojawia się ktoś z obsługi i pokazuje miejsce
z klubowym prysznicem. Za 7,45 funta możemy stać i korzystać z uroków wyspy.
Słońce pali, a pub otwarty będzie dopiero o 1700. Zastawiamy więc nasze dwie
czarcie pułapki na kraby. Na początek łapie się okazała rozgwiazda, ale nikt
się tym nie zraża. Nie czekając na dalsze sukcesy wędrujemy do pubu – będzie
mecz Anglia – Ekwador. Kraby muszą poczekać. Jesteśmy trochę zdziwieni, że
większość bywalców pubu (chyba wszyscy mieszkańcy miejscowości i wszyscy goście
lokalnego hoteliku) kibicują Ekwadorowi. Zdaje się nie przepadają za Anglikami.
Po meczu … krab gotowany z
czosnkiem. Oczywiście nie
w knajpie, tylko na jachcie.
Wypływamy
późnym wieczorem. Kierujemy się na wschód, "tam musi być jakaś
cywilizacja". Kolejne ponad dwie doby żeglugi i atrakcje otwartego morza –
najpierw wieloryb, zdaje się długopłetwy, nie wiemy czy śpi, czy jest martwy,
ale jest około 30 metrów od jachtu. Potem, około mili od nas, pojawiają się
pióropusze wody, decyduję, że są to orki. Chciałem zobaczyć je w naturze, więc
taka decyzja była uzasadniona. Po 10 minutach okazuje się, że są to … orki,
całe stado, nie pozwalają się zbliżyć, nurkują i pojawiają się 300 metrów od
naszej drugiej burty. Ich płetwy grzbietowe wyglądają imponująco, mają pewnie
ze 2 metry. Potem jeszcze gęsta sieć stalowych potworów – platform
wiertniczych. Dalej ostrzymy na północ, bo w opisie mapy mamy notkę: na polu
naftowym Troll występują przeszkody nawigacyjne nieoznaczone w naturze w
postaci cylindrów żelbetowych o średnicy 1,5 metra, wystających powyżej lustra
wody o 50 cm !!! Nie mogę uwierzyć. Nie oznaczone betonowe kloce tylko pół
metra nad wodą?! Ale jaką? Wysoką, niską, zerem mapy? Fala ma aktualnie około
3, może 3,5 metra. Czy będzie je widać? Czy może sprawdzimy twardość
norweskiego żelbetu? Pole Troll nie ma wyznaczonych granic, więc łuk, którym
omijamy to miejsce, jest dużo większy niż wcześniej zakładaliśmy - tak na
wszelki wypadek. Kilka godzin później … brzegi Norwegii.
Po południu
wchodzimy w fiord i nim dopływamy do maleńkiego portu Fonnes. Na mapie ma
oznaczenie, że niby jachtowy, ale … nic tam nie ma poza wielkimi betonowymi
nabrzeżami i bojkami dla lokalnych łódek. Jednak okolica prześliczna, cudowna.
Płacimy za postój poprzez wrzucenie przez szparkę koperty z 60-cioma koronami.
Nie ma prądu, ale jacht spłukujemy słodką wodą. Zwiedzamy okolicę i na następny
dzień kierujemy się na przejście fiordami na południe w kierunku Bergen.
Wybrane przejście jest dobrze oznaczone, ale czasem zwężenia toru mrożą krew w
żyłach. Płyniemy na małej naprzód, a jacht rozwija 5,5 węzła, prąd nam pomaga.
Gdzie się da stawiamy foka i gasimy nasz diesel grot. Zaoszczędzamy tak kilka
ładnych godzin żeglugi na motorku.
Skręcamy na
Osterfiord i późnym wieczorem jesteśmy na znanym mi nabrzeżu
w miejscowości (choć to za dużo powiedziane) Vikanes. Na następny dzień wielka
atrakcja – wpływamy w odnogę fiordu w kierunku miejscowości Mo. Przejście jest
płytkie, a prąd nagle wzrasta do dobrych 4 węzłów. Płyniemy niemal górską
rzeką, do tego nie jest za głęboko, ale wszystko się udaje. Nie stajemy w Mo,
bo czas zmiany pływu się zbliża i lepiej przez płytkie przejście płynąć na
wysokiej wodzie. Tak się też dzieje, ale przeciwny prąd zelżał do 3 węzłów,
więc mimo obrotów silnika około 1800, płyniemy miejscami 1,9 węzła. Jednak
głębokości są teraz lepsze i nie mamy obaw o przejście płycizny. Dalej na
południe pod śliczny wodospad. Niestety jest dopychający do skał wiatr i nie
stajemy. Byłoby to zbyt ryzykowne. Sesja fotograficzna i płyniemy dalej. Na noc
wybieramy Vaksdal – nabrzeże przemysłowe. Tu wysyłamy do centrum, celem
zasięgnięcia języka, naszego nic nie podejrzewającego, jedynego nowicjusza na
morzu – Michała z Poznania. W tym czasie przygotowujemy mu chrzest morski. Jest
Neptun, Prozerpina i diabły. Michał jest zaskoczony, ale i zadowolony z tego,
że z entuzjazmem przyjęliśmy go do braci żeglarskiej. Od dziś już nie jest
Michałem tylko „Atlantycką Pyrą”.
Następny dzień
to kolejny odcinek fiordów z ogromnymi skałami. Dopływamy do Bergen około 1400.
Ścisk w porcie ogromny, ale po kilku kółkach w basenie i przymiarkach do
cumowania udaje się nam wypatrzeć miejsce na Syrenkę. Trochę ciasno, ale
parkujemy dziobem, dwie osoby przesuwają sąsiadów, którzy mieli przed sobą 1,5
miejsca i rufa naszego jachtu też się mieści przy nabrzeżu. Ustawiamy luz na
cumach – pływy nawet 1,2 metra. Klar portowy, prysznice, porządki, zwiedzanie
miasta, targ rybny (konsumujemy krewetki na zimno). Jest fajnie, całe miasto
się bawi, mnóstwo ludzi nas zagaduje skąd jesteśmy, jak dopłynęliśmy, są pełni
podziwu, że płyniemy z Wysp Owczych, chwalą jacht. Mimo, że koło nas cumują
wielkie jachty motorowe ze złoconymi klamkami, skórą na fotelach i lśniącym
żelkotem, mimo, że do naszej burty cumują śliczne jachty żaglowe super
wyposażone, to jednak większość zatrzymuje się koło naszego okrętu. Trochę
krzywy, trochę zardzewiały, ale każdy docenia, że to jacht do żeglowania, a nie
do stania w portach. Jak na ocean, to właśnie takim konkretnym pancernikiem, a
nie mydelniczką. W Bergen spotykamy dwa polskie jachty inną „jotkę” i „opala”.
Sobota schodzi na wycieczkach po okolicy i przygotowaniu jachtu do zdania. W
niedzielę 02 lipca … niestety nie tak jak było uzgodnione, czyli o 0700, tylko
o 1200, pojawia się następna ekipa, przejmuje jacht, a my do busa i w drogę. O
1500 wyjeżdżamy, a 36 godzin później jesteśmy w Kielcach, Zbyszek ma jeszcze 3
godziny do Warszawy.
Przepłynęliśmy 1280 mil w czasie
równo 300 godzin żeglugi. Wiatr o sile 6 i więcej w skali Beauforta wiał nam
przez 28 godzin. Fale osiągały około 3,5 m wysokości. Widzieliśmy delfiny
baraszkujące przed naszym dziobem, skaczące w powietrze, pluskające na fali
dziobowej, potem foki z pyszczkami jak pieski, znów delfiny (inny gatunek) na
żerowisku. Były dzikie pufiny (maskonury) i dziesiątki innych gatunków ptaków.
Był wieloryb oraz najgroźniejsze drapieżniki oceanów - orki. Złapaliśmy kilka
makreli, rozgwiazdę i kraba. Było sporo słońca jak na 62 stopień północnej,
niezbyt silne wiatry. Były uśmiechy, zabawa i świetne wrażenia. Czego nie było:
naprawdę ciężkich warunków, awarii sprzętu i wyposażenia. Nie było kłótni i
nieporozumień w załodze, uniknęliśmy błędów w nawigacji, w tym podczas liczenia
wielkości prądów, które dla nas w niektórych miejscach miały kapitalne
znaczenie. Silnika używaliśmy dość często (ładowanie akumulatorów), ale
większość czasu pracował mała naprzód.
W czasie rejsu
zrobiono sporo prac pokładowych: usztywnienie masztu w opętniku, naprawa foka
II, czyszczenie i czterokrotne lakierowanie kolumny steru, naciąganie i
smarowanie sterociągów, regulacja takielunku, ustawienie w pionie bezanmasztu
(takielunkiem), zabezpieczenie ściągaczy, stropików, naprawa szotów, wykonanie
szotów zapasowych, zarobienie cum, naprawa przetartych miejsc na linach,
wykonanie kilkunastu nowych krawatów, uzbrojenie kotwicy w klarze awaryjnym,
naprawa przenośnika nawigacyjnego i wiele innych.
Muszę
przyznać, że rejs udał się jak mało który. Załoga była bardzo dobra, cele
osiągnęliśmy nawet przekraczając zamierzenia. Plany nawigacyjne i szkoleniowe
także zostały osiągnięte. A staże na morzu Północnym, Atlantyku i Morzu
Norweskim są cennym nabytkiem dla tych, którzy zamierzają podwyższać
kwalifikacje i uzyskiwać kolejne stopnie żeglarskie.
Pozdrawiam
Adam Rogaliński
|