|
Manewrówka 2005
Beata "Beatkabeatka ", Ewa
"Babcia ", Magda, Krzysztof "Synuś ", Krzysztof "Brecha ", Piotr, Tomek "Tyrowy "
no i ja "Wasyl " - cała nasza ósemka wyrusza do Gdańska na manewrówkę połączoną
z egzaminem na stopień sternika jachtowego. Do dyspozycji mamy dwa jachty, no i
oczywiście dwóch zacnych prowadzących: Mastera Ryszarda i skipera Adama.
Już wszystko gotowe, spakowany
plecak zarzucam na ramię i zbiegam po schodach, co prawda do pociągu jest
jeszcze trochę czasu, ale szybkim krokiem idę w stronę domu Adama. Czekamy
trochę na Ewę i jedziemy na dworzec PKP w Kielcach, gdzie melduje się reszta
ekipy. Brakuje Kuby "Insekta ". Nikt nie wie czy jedzie z nami, czy też nie.
Jego telefon nie odpowiada, a jego rodzice też nie wiedzą co się dzieje z tym
niesfornym Insektem. Jak się później okazało, nie dotarł na szkolenie. Na
dworcu jeszcze jakieś drobne uzupełnianie zapasów na podróż i cała wycieczka
wędruje na peron, czeka nas teraz walka o przedział, bo droga daleka, a co
poniektórzy chcą się jeszcze trochę poduczyć. W trakcie podróży Recha ma jakieś
pretensje do konduktora, Ewa kończy pracować z laptopem, a Krzychu kuje światła
nawigacyjne. Już Gdańsk, przesiadamy się na autobus i jedziemy do Górek
Zachodnich. Wreszcie port AZS, dotarcie na miejsce zajmuje trochę czasu, ale
jest to spacerek przez las i to bez bagażu, który udaje nam się zapakować do
wysłanego po nas samochodu (przypomina samochód, bo ... ma 4 koła, ale gruchot
to nieziemski), jednak oprócz bagażu może się zmieścić tylko jedna osoba. Wypada
na mnie, więc jako pierwszy mam możliwość obejrzeć nasze jachty z zewnątrz.
Jeden z nich prezentuje się całkiem nieźle, no co do wyglądu drugiego można
mieć trochę zastrzeżeń. Bielutka s/y Faworita to nowy zadbany z wyglądu jacht,
zaś s/y Pierzasty Wąż wygląda jak brzydkie kaczątko z tą jednak różnicą, że
raczej nie ma szans na przeobrażenie się w przepiękną "fregatę ". Powierzchowna
ocena jest czasem myląca, ale o tym później. Armator Mechlatego jest uroczy,
nie przeszkadzają mu zapyziałe, brudne szklanki, czy ... brak sztućców.
Dostarcza 5 kompletów ... jednorazowych. Są też na wyposażeniu gustowne talerze
... aluminiowe ... jak na filmie Machulskiego "Vabank ", kiedy to Kramer
maszeruje sobie po korytarzu w więzieniu. Skąd on je wytrzasnął, może pracował jako
klawisz ?
Wreszcie wszyscy są na miejscu.
Dociera też stary dobry znajomy z Kielc - Młody albo Słodki jak kto woli, który
obecnie mieszka w Gdańsku i zaoferował nam pomoc w zrobieniu zakupów i
dotransportowaniu z dworca Ryszarda. Master bowiem podróżuje z Wrocławia. Do
odnalezienia na dworcu Mastera oraz zaopatrzenia zostają oddelegowani Magda i
Piotrek. Dociera wreszcie Ryszard, docierają też zakupy, następuje podział
załóg, odbiór jachtów i losowanie, która załoga najpierw trafi na salony, a
która na Mechlatego Szlaucha bo tak zostaje ochrzczony żółto-granatowy
Pierzasty Wąż. No i druga strata, na nabrzeżu zostaje słoik ogórków, betonowa
keja okazała się twardsza od szkła, chociaż same ogórki to właściwie Recha
ratuje, odnosi jednak przy tej operacji drobne obrażenia. Mała dziura w palcu
to dla Rechy normalka. Może ktoś zauważył, że to druga strata ... a pierwsza ?
Hm, Piotr z Magdą podczas walki o przedziały postradali ... śpiwory, zapakowane
w wielki pomarańczowy wór. Nikt go nie niósł pomiędzy przedziałami, więc ...
powinien być w pociągu, ale tęsknym okiem spozierała na ten wór jakaś postać,
która mimo wąsów i 2-dniowego zarostu ... była raczej płci pięknej (brrrr).
Naszym kapitanem zostaje najpierw
Ryszard, a do załogi trafiają: Beata, Tomek, Recha no i ja. Pakujemy więc cały
nasz dobytek na s/y Faworitę, jakieś szybkie śniadanie no i czas wypływać.
Tymczasem załoga Adama w składzie: Ewa, Magda, Krzysiek i Piotrek doprowadzają
do porządku Mechlatego i też szykują się do wyjścia z portu.
Wreszcie zamruczał silnik, cumy
oddane i nasz nowy dom leniwie wysunął się między dalbami do tyłu i lekko w
prawo, potem maszyny w przód, ster prawo i powoli zmierzamy w kierunku główek
portu manewrując między pływającymi pomostami. Wypływamy i chociaż czeka nas
głównie ćwiczenie do znudzenia manewrów, to jednak pojawia się gdzieś ta
wewnętrzna radość, bliżej nieopisana satysfakcja, uczucie wolności, a dobra,
ponosi mnie, a poeta to ze mnie żaden, chyba każdy odczuwa to coś inaczej, ale
na pewno odczuwa.
Z naszym kapitanem bardzo szybko
znajdujemy wspólny język, stawiamy żagle, jest piękna pogoda, cieplutko lekki
wiaterek, zwrot na wiatr i brzdęk. Co się dzieje? To tylko sztag się urwał, no
cóż - żagle w dół i z powrotem do portu. Pierzasty Wąż już sobie śmiga po falach,
a my parkujemy na swoim miejscu i próbujemy poradzić sobie z awarią. Okazuje
się, że sztagownik jest trochę za wysoki i ściągacz opiera się na sztywno co
powoduje wyginanie się widelca, no to taki detal ale takich niespodzianek
Faworita ma więcej. Po wydłużeniu szczeliny między policzkami zaczyna pasować,
wypływamy. Trochę ta awaria zaskakuje nas i skłania do baczniejszego obejrzenia
naszego jachtu. No i coraz bardziej odnosimy wrażenie, że nasza Faworita
najlepiej to się czuje w porcie gdzie też trzeba uważać ze względu na całkowity
brak anty-ślizgu o czym mam okazję się przekonać w dniu następnym oraz wąskie
pół-pokłady, na których ciężko jest postawić stopę. No na szczególną uwagę
zasługuje także wnętrze naszpikowane rachitycznymi szafeczkami i półeczkami
oraz słupkiem przy zejściówce, który można, przechodząc obok, niechcący ze sobą
zabrać. Kuchenka też jest dobra, tylko że kardan ma, a właściwie nie ma żadnego
zauważalnego wychylenia. Dobrze, chyba dosyć tej krytyki, manewry i jeszcze raz
manewry, w międzyczasie obiad, załoga Adama robi sobie prowizoryczną boję, przy
której też mamy okazję poćwiczyć, nic się nie urywa, a wieczorem odwiedziny
znajomych z Gdańska. Wspólnie z Sylwią i Młodym siedzimy przy piwku, śpiewamy
przy akompaniamencie Tomka, Krzycha i Adama, no i oczywiście wspominamy minione
czasy. Jest wesoło. Poznajemy bosmana Andrzeja, przesympatyczny człowiek
chociaż czasem złośliwy, namawia nas do hałasowania na kei, głupio aż mówić
komu to ma przeszkadzać spać. A tak jeszcze a propos mojej półokrągłej koi to
niezbyt dobrze śpi się na "okrągło ".
Dzień następny i kolejna
niespodzianka, rozrywa się grot, ma zupełnie niedopasowane listwy, które
rozdzierają kieszenie. Na szczęście jest inny komplet żagli, zmieniamy grota i
foka, a tak zupełnie przez przypadek odczepia nam się kabestan fałowy od
pokładu. Na szczęście udaje się go przytwierdzić, ale do końca rejsu pozostaje
nieużywany. Pod nowymi żaglami płyniemy do Gdyni, w międzyczasie zajęcia z
nawigacji, parkujemy na trzeciego przy burcie innego jachtu, straszny tłok,
czekamy na Mechlatego, który otrzymuje nowe pseudo "Rumunia ". No gdzie oni są,
jeszcze jakieś dwie godziny temu widzimy jak za nami wychodzą na zatokę. Recha
z Tyrami idą na zakupy, ja pod dowództwem Ryszarda przestawiam jacht, bo musimy
zrobić miejsce kolejnej jednostce, a Adama jak nie widać tak nie widać.
Dzwonimy, gdzie wy jesteście, Mechlaty demonem szybkości nie jest, ale w takim
czasie to na wiosłach by dopłynął. No i rebus rozwiązany my czekamy w Gdyni, a
oni czekają na nas na Helu. Odpalamy maszyny wychodzimy stawiamy szmaty no i na
przód na Hel. Dopływamy już właściwie po ciemku mijając po drodze statek
stojący sobie nie nerwowo na kotwicy z zapalonymi wszystkimi światłami
nawigacyjnymi tak jakby był w ruchu. Wchodzimy do portu, cumujemy, no i wypad
do miasta w poszukiwani reszty ekipy. Ryszard zostaje, narzeka na bolącą nogę.
Po posiedzeniu wieczornym przy smażonych rybkach, wracamy na jachty, jeszcze
szybkie piwko, Ryszard zarządza zakaz nazywania załogi Mechlatego Rumunami, co
jest nam właściwie na rękę bo jeszcze dzień i przeprowadzka nas czeka. Chociaż
sama nazwa nie miała od samego początku na celu nikogo obrażać, również
Rumunów.
Wstajemy dość wcześnie,
śniadanie, kawa i wycieczka po świeże ryby prosto z kutra. Dorsze i flądry oraz
jeszcze jakieś bliżej niezidentyfikowane ryby słowiańskie zakupione, jeszcze
tylko uzupełniamy magazyn centralny i w drogę do Górek Zachodnich. Oczywiście
mamy zamiar na smażone rybki zaprosić również drugą załogę, zresztą jeśli
gdzieś w porcie spędzamy czas na jachtach to właśnie na Faworicie, ponieważ
jest tutaj zdecydowanie więcej miejsca. Po drodze przyrządzamy tatara z dorsza,
wedle przepisu Ryszarda. Tomek za sterem, Beata i Recha zajmują się żaglami, a
ja z naszym Masterem oporządzamy ryby. Ryszard to straszna gaduła, potrafi
przez cały czas opowiadać najróżniejsze historie, no i oczywiście flagowy kawał
o Jasiu, który co poniektórych przyprawia o łzy ze śmiechu. Ryby już obrane,
tatar zrobiony, no to czas na kawę i po mojej prośbie o jej zrobienie, Beata
zostaje przemianowana na "Beatka, Beatka " i od tej pory jak ktoś prosi o
cokolwiek Beatę zwraca się już tylko w ten sposób. Docieramy do Górek
Zachodnich, każdemu już ślinka leci na myśl o świeżych smażonych rybach. No to
do dzieła, wspólnie z Rechą opanowujemy kuchenkę, oczywiście zaraz wszystko
jest zalane olejem, ale ryby usmażone są wyśmienicie, no nie to żebym się tutaj
wychwalał. Smakują wszystkim i już. Tomek z Beatką, Beatką mają co prawda danie
specjalne wyczyszczone z wszelkich ości, których strasznie nie lubią, co nie
znaczy oczywiście, że kawałki z ościami są gorsze. Przypływa Mechlaty Szlauch
no i następna partia smażenia. Jeszcze honorowe piwko z bosmanem Andrzejem i
powoli udajemy się do snu, jutro
zamiana jachtów trzeba wcześnie wstać, spakować graty i wynocha na
Mechlatego.
Od rana bieganina przenoszenie
rzeczy, ale przeprowadzka w sumie przebiega dość sprawnie, wchodzę na
Mechlatego i aż się łezka w oku kręci przypominają się dawne wyprawy na
nefrytach, które jak wiadomo do komfortowych nie należą. Ciasno tu, jakieś
dziwne patenty do zamykania szafek, silnik na korbę, odpalenie go okazuje się
nie lada sztuką, ale swojsko. My tu nie na wczasy tylko uczyć się
przyjechaliśmy. Chociaż wszystko tu toporne ale działa i nie psuje się, w
przeciwieństwie do Fawority, na której usterek ciąg dalszy. My za główki portu,
a tu telefon z Fawority, że silnik nie chce zapalić. Jak to nie chce, tłumaczymy jak to zrobić, ale nic z
tego, musimy wracać. Na miejscu okazuje się że linka od odppręźnika się gdzieś
obluzowała, a do tego odkrywamy zadziwiającą rzecz: kiedy podłączamy się do
prądu w porcie okazuje się, że prostownik, który jak twierdził właściciel
jachtu ma ładować akumulatory, jest po prostu odłączony na stałe i w dodatku
spalony. No to można sobie ładować te baterie przez sto lat. Żeby się dostać do
silnika trzeba rozebrać pół zejściówki, Recha nie daje jednak za wygraną
rozbiera boazerię, dostaje się do środka i wreszcie udaje się uruchomić silnik.
Wypływamy i udajemy się do Conrada, tam są dobre pomosty do trenowania manewrów
podchodzenia do nabrzeża na silniku i tak właściwie z przerwą na frytki Adam ćwiczy nas do samego wieczora, a
tymczasem drugi jacht można spokojnie nazywać Niefart , ponieważ odpływa im
kluczyk od stacyjki. Krzychu ratuje sytuację i dopasowuje jakiś kluczyk zdobyty
u rybaków ... od Volvo Penta, wcześniej był od Żuka. Kolejny nocleg w Górkach
Zachodnich, granie i śpiewy, dzisiaj my jesteśmy pierwszy raz w gościach na Faworicie.
Rano szybki prysznic, spacer po
wodę z baniakiem, który napełniony do połowy, waży tyle co dorodny słoń. Targam
go z Rechą i oczy nam na wierzch wychodzą. No i jeszcze pozostaje otworzenie
zbiornika na Mechlatym, żeby przelać ładunek okupiony takim wysiłkiem. Siłujemy
się z pokrywą we trójkę, wreszcie się udaje, Tomek i Beatka, Beatka robią w tym
czasie zaopatrzenie i wypływamy, jeszcze tylko wyskok po paliwo, którego
oficjalnie nie ma ale na szczęście na stacji tankuje zaopatrzeniowiec. Paliwo
dla kutrów. Ratuje nas dziesięcioma litrami. Planujemy wypad do Gdańska, po
drodze mijamy port północny, nawet spory ruch statków i wpływamy na Motławę,
mijamy Westerplatte, oczywiście oddajemy salut banderą, dalej stocznia
remontowa, już z daleka widać żuraw gdański. Psuje się pogoda robi się zimno i
pierwszy raz od początku rejsu każdy wyciąga ciepłe ciuchy. Dobijamy do mariny
gdańskiej, a tu niespodzianka - replika łodzi wikingów. Zjawia się również
Faworita i znowu cała nasza ekipa w komplecie. Zaczynamy na poważnie
przygotowania do egzaminu, rozwiązujemy przykładowe testy powtarzając i
porządkując wiadomości. Nie ma żartów egzamin tuż, tuż. Wieczorem idziemy na
spacer na Długi Targ, odwiedzamy Neptuna i udajemy się do knajpki na piwko.
Jest późno i otwarta niestety jest tylko taka, w której jest straszny hałas,
coś w rodzaju rockoteki, ale co tam dla żeglarzy.
|