|
Fajna ferajna nas tam szła:...
Ryszard Jędrzejewski (Wrocław) - kapitan
Adam Rogaliński ( Kielce) - I oficer
Ewa Rogalińska (Kielce) - I wachta
Zbigniew Chlipała (Warszawa) - II oficer
Agnieszka Jakierowicz (Kołobrzeg) - II wachta
Hubert Długosz (Kraków) - III oficer
Magda Waldon (Kielce) - III wachta
Agnieszka Rybarczyk (Poznań) - IV oficer
Piotr Waldon (Kielce) - IV wachta

Hej, chłopcy, czas już wyjść w morze... czyli Syrenka w porcie...
Po dość długiej i nieco pokrętnej podróży busem dotarliśmy sobotnim rankiem do Cuxhaven. Nasza Syrenka, opuszczona
tydzień wcześniej przez poprzednią załogę, już nie mogła się na nas doczekać. Na początek szara rzeczywistość pierwszego
dnia rejsu, rozpakowywanie, upychanie, sprawdzanie, naprawianie, szycie itd. Tradycją chyba stało się, że z dwóch
niedziałających urządzeń robimy jedno sprawne. Tym razem padło na pompę słodkiej wody.
 Po dniu pracy, znalazła się też
chwila na spacer uliczkami miasta, które w razie wysokiej fali jest zamykane specjalnymi bramami.
Wszystko gotowe, już fały ręce trą... płyniemy!!!
Oczywiście o odpowiedniej godzinie (ok. 1 w nocy), razem z odpływem, żeby nas nie wessało z powrotem :. Początkowo
światła statków osaczały nas ze wszystkich stron, wpływ bliskości Hamburga, z resztą i Cuxhaven też nie jest małym
portem. Daliśmy jednak radę i rano wylądowaliśmy na niewielkiej niemieckiej wysepce o wdzięcznej nazwie Helgoland.

(w czasie II wojny światowej wyspa stanowiła niemiecką bazę morską, czego ślady można oglądać do dzisiaj). Półtorej
godziny zajął nam spacer dookoła wyspy (tylko 1 km2 powierzchni). Oglądaliśmy wysokie klify o niezwykłych kształtach.
Mewy i inne ptaki pozowały do zdjęć. Słońce oświetlało błękitną i (tym razem) gładką jak lustro taflę Morza Północnego
:…Po zakupach wolnocłowych (no bo przecież trzeba było pięknie pachnieć w czasie rejsu…) i obowiązkowych schabowych
(niedziela) oddaliśmy cumy, ruszając na zachód.
Dalej w morze wyruszamy... tym razem to minie ładne parę dni zanim ujrzymy ląd...
A że początkowo prawie nie wiało, przez całą noc mieliśmy rufę z widokiem na Helgoland. Potem wiatr osiągał 3-5 stopni,
pozwalając nam mknąć w kierunku Edynburga. Czas umilaliśmy sobie łowieniem ryb (dwie złowione, jedna wypuszczona, jedna
zjedzona na surowo), poranną i popołudniową kawką "na tarasie" (czyli w kokpicie), śpiewami przy gitarze, w ruch poszły
karty. W chwilach wolnych od wachty można było się wyspać na zapas. Dokonywaliśmy różnych bieżących napraw naszego
pancernika. No i były też słodkie chwile...
Port to jest poezja... wiadomo czego...
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że do Edynburga wpłyniemy z wysoką wodą. Tymczasem jednak, morze się
trochę spóźniło :, czas lokalny zwolnił : i przy wejściu oglądaliśmy z dołu pomosty, wystające z wody na jakieś dwa
piętra ;-)

Przy załatwianiu formalności portowych - miła niespodzianka - mogliśmy stać za darmo, nie wspominając o
prysznicu… (miejscowi Szkoci okazali się wyjątkowo przyjaźni i nieoszczędni). Wreszcie przyszedł czas wyruszyć w miasto.
Trochę zajęło nam poszukiwanie sklepu, w celu nabycia mapy z podejściem do Bergen. Potem każdy ruszył w swoją stronę-
stare miasto, zamek, muzeum whisky, place i ulice, budki telefoniczne, no i zakupy w szkocką kratkę. Do tego wszystkiego
przygrywał nam na dudach szkockich prawdziwy mężczyzna (?) w spódnicy.

Znów daleka droga, słony przestwór wody... i robiło się coraz zimniej...
Początkowo widziane przez niektórych białe misie, zrzucano na jakoby nadmiar wypitych trunków w porcie, ale potem
przekonali się wszyscy -płyniemy na mroźną północ!!! Trzeba było wyjąć dodatkowe, super ciepłe majtki!!
 Przez pierwszą dobę jakoś nie mogliśmy za bardzo oddalić się od Szkocji (niestety nie wstąpiliśmy do Dundee 9 i nie spojrzeliśmy na
wysoki brzeg…9) Dopiero potem wiatr w żaglach rozgrzał naszą Syrenkę…i ruszyliśmy do przodu, czyli w kierunku Norwegii.
Po drodze wokół jachtu pląsały delfiny, chyba lubią zimną wodę…Fale robiły się coraz większe, woda w morzu przybierała
czasami specyficzny granatowo-błękitny kolor (super widok!!). No i te białe noce, w związku z tym bezsenność…(prawie jak
w Seattle :). Musieliśmy lawirować pomiędzy platformami wiertniczymi. Właściwie nie spotykaliśmy innych statków (oprócz
statku układającego kabel podwodny, który podpłynął do nas specjalnie). Niedużych jachtów, takich jak nasz, nie
widzieliśmy w ogóle. Czyżby większość ludzi wolała leżeć na plaży w słońcu, nad ciepłym morzem...?
Do portu przybił statek nasz w słoneczny dzień... czyli nasze wyjątkowe pogodowe szczęście
Podobno w Bergen ciągle pada, a słonecznych dni jest 5 w roku ;-) Skąd wiedzieliśmy, kiedy one wypadają??!!
I choć właściwie do Bergen wpływaliśmy w deszczu, a przeprawa między skałami i fiordami była bardzo trudna i wymagająca
uwagi, już od rana zaczęło nam świecić słońce. Cumowaliśmy w samym centrum, naprzeciwko historycznej starówki.
 Było co
zwiedzać!! Oprócz starych, powikingowskich drewnianych domków (w większości obecnie są sklepy z pamiątkami, w których
można kupić łodzie wikingów i trolle z różnych materiałów, oczywiście norweskie swetry i wiele innych artefaktów),
odwiedziliśmy stary Targ Rybny. Przekonaliśmy się, że łosoś norweski jednak najlepiej smakuje w Norwegii! Trzeba było
też dostać się na otaczające Bergen wzgórza (z braku czasu za pomocą kolejki linowej) i stamtąd podziwiać panoramę
całego miasta otoczonego fiordami. Odbyliśmy też spacer po lesie, a właściwie puszczy. Spotkaliśmy pracujących w
Norwegii Polaków, a szczególnie jeden z nich (Janek) zapadł nam na dłużej w pamięć : I chociaż Bergen jest miastem
północy kwitnie tam życie nocne, zupełnie jak na gorącym południu. Już w piątek zjeżdżają (spływają) ludzie z okolicy,
przeważnie jachtami motorowymi, aby bawić się aż do niedzieli.
Wykuj własny szlak przez kraj dziki i surowy... czyli zwiedzanie fiordów
W fiordy wyruszyliśmy o świcie, i już o ósmej rano nikt nie spał, wszyscy wylegli na pokład podziwiać urwiste skały z
"poustawianymi" gdzie niegdzie małymi domkami, lasy, wodospady. I tak cały dzień… Parę razy zatrzymaliśmy się na krótkie
spacerki po okolicznych wioskach, na sesje zdjęciowe, trzeba było spróbować, czy woda w wodospadach aby nie mdła…

Mówiąc krótko, fiordy to nam z ręki jadły!!
I tylko z nieba lejący się żar... było tak upalnie i słonecznie…(gdzie te misie??!!)
Przydały się wreszcie kostiumy i kremy do opalania. Na kąpiel w fiordzie jednak się nie odważyliśmy...
Noc spędziliśmy na … stacji benzynowej, w niewielkim miasteczku Vikanes. Była uroczysta kolacja przy świecach (!),
a potem zapierający dech koncert na dwie kobzy.
Dziś powrotnym kursem wracamy już... czyli szykujemy się do odjazdu...
Pozostało nam tylko ponownie dopłynąć do Bergen, gdzie na drugi dzień rano mieliśmy przekazać jacht kolejnej załodze.
Po drodze spędziliśmy ostatnie chwile pod żaglami(co za ulga, po dwóch dniach na silniku w fiordach). No i wielka chwila
- na maszt została wciągnięta błękitna wstążka - przebyliśmy ponad 1 000 mil!!.( dokładnie 1 004, w ciągu 241 godzin
żeglugi) Wreszcie ostatni wieczór w Bergen, najpierw sprzątanie okrętu (hiih), a potem … całonocna zabawa na zakończenie
rejsu, ze szczególnymi podziękowaniami dla Neptuna ;-)

Rano nadszedł koniec naszej wyprawy.
Teraz możemy gnać nawet na Horn...
|