|
Wielu
z nas czytało lub słyszało o rzadkim bo rzadkim, ale czasem występującym
zjawisku atmosferycznym zwanym... Biały Szkwał.
Czytać lub usłyszeć o tym przy okazji „ogniskowego
szkolenia” tudzież kursu na żeglarza lub sternika, a zobaczyć i przeżyć na
własnej skórze to odmienne doświadczenia.
Nie będę opowiadał o tym jak fantastycznie może być na
mazurskim rejsie: słońce, woda, biel pokładu wypieszczonej łódeczki, dzikie
brzegi, bobry, żebraki (łabędzie i kaczki) pukające złośliwie o brzasku w burty
...
Tak było przez trzy dni naszej wyprawy aż do Guzianki.
Pierwsi cumujemy przy kei w Guziance (TWISTER 800 – 7 osób
na pokładzie), czekając na drugi jacht w tej wyprawie (TANGO 780F – 5 osób na
pokładzie). Już czekając słyszymy znad ściany drzew ponure pomruki
nadciągającej burzy. Ponaglamy przez radio załogę TANGO i po niedługim czasie
jesteśmy w komplecie. Jeszcze uzupełnienie zapasów w sklepie na skarpie i...
bez problemów ale w tłoku śluzujemy się na drugą stronę.
Głuchy pomruk słychać coraz częściej i donioślej, więc
podkręcamy manetki silników by zdążyć wyjść na Nidzkie i zaczaić się gdzieś na
„dziko”.
W takich chwilach moja Babcia mówiła, że to anieli grają w
kręgle. Noooooo.... to były chyba zawody z Piekłem o nasze Dusze.
Wyjście na Nidzkie i trochę szersza perspektywa
nadciągającego kataklizmu uświadamia nam, że możemy zapomnieć o dojściu do
„dzikiego postoju”. W momencie przewijają mi się karty stron literatury
opisujące wybory w takich wypadkach pomiędzy brzegiem nawietrznym, a
zawietrznym, o ustawianiu się pod wiatr i uziemianiu jachtu oraz wszelkich
środkach ostrożności razem z „Ojcze Nasz”. Przy całej naprzód wchodzimy w
wąskie zakole z betonowym nabrzeżem przystani "U Andrzeja".
Sino-granatowa zasłona wyłania się z nad drzew w momencie,
kiedy kończymy się wiązać do nabrzeża. Atmosfera gęsta i kompletna cisza, a
powietrze można kroić i smarować nim chleb nawet czerstwy bo ono go i tak
rozmiękczy. Jeszcze rzut oka czy wszystko jest ok., wyrzucony sztormiak do
kokpitu i zaczęło się....
Ściana wody z przytłaczającym ją do lustra jeziora wiatrem
wywołuje we mnie dreszcz jak za pacholęcych lat, kiedy wchodząc do piwnicy po
ziemniaki miałem wrażenie, że tuż za drzwiami czai się coś strasznego, co mnie
porwie lub pożre. Wtedy to przerażenie znikało po zapaleniu światła, ale tu nie
było włącznika...
Wiatr z masą wody przyciska mnie lekko do pokładu, pada
komenda: „Wszyscy z jachtu i na górę!!!” Pioruny walą na oślep, aż strach stać
przy jachcie pomiędzy drzewami w obawie przed choćby rykoszetem. Świst, huk -
nie - RYK WIATRU powoduje że
Kamil, który został ze mną i Beatą aby trzymać w rękach jacht walący silnikiem
w betony nie słyszy tej drugiej zupełnie.
Kątem oka widzę słabo zarysowane sylwetki załogi TANGO
zmagającej się z puszczającą kotwicą. Podbiegam, może potrzebują pomocy. „Znosi Nas na inne jachty !!!” – słyszę od Ali krzyczącej mi do ucha i wyciągam Anię z niewielkiej luki pomiędzy rufą
jachtu a nabrzeżem, trzymającą obijacze w rękach. Rafał próbuje jeszcze opanować kotwicę – niestety nadal nie trzyma. Decyzja jest szybka – Przepinamy
bokiem.
Potem wracam do naszego jachtu. Wiatr jest tak silny, że
TWISTER stoi na samym takielunku w
20 – 25 stopniowym przechyle – ten widok mnie powala. Na szczęście nasza
kotwica trzyma, czego nie można powiedzieć o kilku innych jachtach zerwanych z
uwięzi i jak wściekłe psy rzucających się do burt sąsiadujących jednostek.
Po kilku minutach wiatr słabnie na tyle, że można pozostawić
łódki samopas i schować się w kawiarni. Wcześniej widziałem jak Rafał (Franek)
wiąże ostatnią cumę na poler i znika w ścianie wody.
W kawiarni spokój tylko pozorny.
Wygaszone światła, zapalone świece, wyłączone komórki...., a
pomiędzy metalowym dźwiękiem walących piorunów i stroboskopem ich blasku
rozświetlającego raz po raz to grobowe wnętrze, dochodzi mnie przerażony głos
Marioli – Franek złamał chyba żebra!...
Franek leży na ławkach – nie wygląda kwitnąco. Rozcięty łuk
brwiowy i zalewająca go fala krwi przyprawia o dreszcz. Problemy z oddychaniem
i relacja z przebiegu wydarzeń sugerują faktycznie złamane żebra.
Wezwane pogotowie przyjeżdża z Pisza w 25 minut.
W międzyczasie znajduje się na sali przeszkolony ratownik,
który przykłada Frankowi lód do boku sprawiając mu tym wyraźną ulgę. Torujemy
karetce drogę zatarasowaną przez konary, wskazując przejazd pomiędzy powalonymi
drzewami (aż strach pomyśleć co by było, gdyby jedno z nich zwaliło się na
któryś z jachtów). Diagnoza – Franek do szpitala.
Spędzi tam dwa dni, a my będziemy na niego czekać.
Jak do tego doszło?
Rafał w zamieszaniu schodził pod pokład, poślizgnął się
łamiąc żebra i rozcinając łuk brwiowy. Wołał pomocy, ale nikt go nie słyszał.
Gdy doszedł do siebie wyszedł o własnych siłach, dokończył cumowanie jachtu i
dopiero gdy jacht był bezpieczny poczuł, że nie wszystko jest OK. Adrenalina
wzięła górę nad bólem, który poczuł dopiero gdy zakończył walkę z jachtem.
Po wszystkim idziemy obejrzeć jachty i przygotować się do
noclegu. Będzie on inny od dotychczasowych, bo załoga w uszczuplonym składzie -
bez Franka i... z emocjami, których nie zapomnimy.
Po dwóch dniach Franek (złamas) wrócił w gorsecie i
dokończył rejs.
.............................................................................................................. Tomasz Tyra
|