U przylądka Jeszcze zanim cisza się skończyła, z marsa fokmasztu dostrzeżono żagiel na znacznej odległości, o jakieś dwadzieścia mil albo i więcej. Z początku był to jedynie punkcik zupełnie z pokładu niewidoczny. Siłą przyciągania lub na skutek czegoś podobnie tajemniczego dwa statki w ciszy,
zdane na łaskę prądu, zawsze się do siebie mniej lub więcej zbliżą. Mimo braku
najlżejszego nawet podmuchu po krótkiej już chwili można było zobaczyć nieznany
żagiel z naszego nadburcia, zbliżający się stopniowo coraz bardziej.
Co to był za jeden i skąd? Żaden przedmiot nie wzbudza takiego zainteresowania i domysłów, z których jedne zbijają drugie, jak żagiel widziany jako mała plamka na tak odległym akwenie koło przylądka Horn.
Jest wiaterek, jest wiatr! Nieznajomy wyraźnie zbliża się ku fregacie. Oficer przez lunetę rozpoznaje go jako pełnorejowiec z postawionymi wszystkimi żaglami, idący prosto na nas, mimo, że w naszym pobliżu jeszcze ciągle panuje cisza. On przynosi z sobą wiatr. Hura! Już go macie! Patrzcie, jak kunsztownie posuwa się po morzu zaledwie je marszcząc, kreśląc swój delikatny ślad. Natychmiast wysłano naszych marsowych na górę celem odsejzingowania żagli, które zaraz zaczęły się lekko wydymać. Ciągle jednak nie mieliśmy sterownej prędkości. Pod wieczór nieznajomy szedł ku nam z wiatrem, była to prawdziwa piramida płótna. Nigdy przedtem, śmiem twierdzić, przylądek Horn nie został tak zuchwale obrażony. Postawiono żagle boczne na dole i w górze, bombramsle, topżagle i wszystko co się da. Prześliznął się za rufą na donośność głosu, a podoficer sygnałowy podciągnął ku gaflowi naszą banderę. - Okręt, ahoj! - zawołał oficer wachtowy przez tubę. - Halo, hej! - krzyknął starszy jegomość w zielonej kurtce, osłaniając usta jedna ręką, a drugą trzymając się want stermasztu.
-Co to za statek?
-"Sułtan" z kompanii Indyjskiej, idziemy z Nowego Jorku do Callao i Kantonu. W drodze sześćdziesiąt dni. Wszystko w porządku. Jaka to fregata?
- Okręt Stanów Zjednoczonych "Neversink" w drodze do kraju. - Hurra! Hurra! Hurra! - ryknął z entuzjazmem nasz rodak, dając upust swym patriotycznym uczuciom.
Tymczasem "Sułtan" już nas minął, ale oficer wachtowy nie mógł powstrzymać się od udzielenia rady na pożegnanie.
- Słyszycie? Lepiej pozdejmujcie niektóre wasze latawce. Uwaga na przylądek Horn! Ta przyjacielska rada zginęła jednak w nasilającym się wietrze. Z gwałtownością, nie będącą niczym niezwykłym w tych szerokościach, lekki wiaterek rychło zmienił się w następujące po sobie porywiste szkwały i nasz przeżaglowany pyszałek, jak widzieliśmy, sprzątał wszystko galopem, jego górne boczne żagle i latacz szybko oderwały się od swych drzewc, latacz zaś wyleciał w powietrze, gdzie zwinięty w kłębek przez kilka minut miotany był przez szkwały niby piłka futbolowa. Rozważniej postawionym żaglom "Neversink" nie mógł wiatr płatać takich figli, chociaż nie minęło kilka godzin, a sprawił nam niemało zamieszania.
Około północy, gdy prawoburtowa wachta, do której należałem, była wolna, dał się słyszeć gwizdek bosmana, po czym nastąpił przeraźliwy krzyk:
-Wszyscy do sprzątania żagli! Biegiem, ludzie! Ratujcie okręt!
Wyskakujący z hamaków, przekonaliśmy się, że przechył fregaty był tak duży, iż z trudem można było wejść po trapie prowadzącym na górny pokład. Tutaj widok był przerażający. Wydawało się, że okręt żegluje na burcie. Działa na górnym
pokładzie zostały kilka dni temu odciągnięte w tył, a furty zamknięte, ale
karonady na zawietrznej i dziobówki nurzały się w morzu, które przelewało się
po ich mlecznobiałymi, pieniącymi się falami. Przy każdym przechyle wydawało
się, że zawietrzne reje maczają swoje noki w morzu, podczas gdy bryzgi
przelewały się kaskadami przez dziób, mocząc do suchej nitki ludzi znajdujących
się na rei fokmasztu. Tymczasem pokład zaludnił się całą załogą okrętu,
pięciuset marynarzami, ilu nas było wraz z oficerami, przeważnie trzymającymi
się nadburcia od nawietrznej. Fosforescencja spienionego morza rzucała od czasu
do czasu blask na zwrócone ku górze twarze, podobnie jak nocny pożar w ludnym
mieście oświetla porażony paniką tłum.
W nagłym podmuchu wichru, gdy natychmiast trzeba sprzątnąć większą liczbę żagli, przyjętym zwyczajem pierwszy oficer odbiera tubę temu, kto właśnie jest oficerem wachtowym. Ale na tej wachcie tubę miał Wściekły Jack, więc pierwszy
oficer nie próbował wyrwać mu jej z rąk. Na niego zwrócone były wszystkie oczy,
jak gdyby wybrano go spośród nas, by rozstrzygnął tę bitwę z żywiołami przez
walkę wręcz z duchem przylądka, i to Wściekły Jack był geniuszem ocalenia
okrętu, jak się okazało tej nocy. Zawdzięczam prawą rękę, sunącą teraz po tym
arkuszu, i całe moje jestestwo Wściekłemu Jackowi. Dziób okrętu bił, rąbał,
taranował, walił się z grzmotem na nadbiegające fale, a cały kadłub ze
straszliwym odgłosem zanurzania się przewalał się w korycie piany. Wicher dął w
poprzek pokładu, a każdy żagiel zdawał się pękać pod tym dzikim oddechem.
Wszyscy sternicy i kilku z obsady baku tłoczyli się przy podwójnym kole sterowym na pokładzie rufowym. Niektórzy jechali w górę i opadali w dół, wieszając się na jego szprychach. gdyż cały ster i pocynkowana stępka dostały wściekłych dreszczy pod wpływem sztormu. -Ster na zawietrzną! - krzyknął kapitan Claret, jak duch wyskakując z kabiny w nocnej bieliźnie. - Ster na nawietrzną! - zaryczał Wściekły Jack do sterników. - Na nawietrzną, mocno na nawietrzną, niech was diabli wezmą!
Sprzeczne rozkazy! Ale posłuchano Wściekłego Jacka. Zamierzał rzucić okręt na wiatr, żeby łatwiej było za-refować marsie. Jednakże chociaż obluzowano fały, opuszczenie rei stało się niemożliwością skutkiem ogromnego napięcia w żaglach. Teraz już dął prawdziwy huragan. Bryzgi przelatywały przez okręt całymi falami. Zdawało się, olbrzymie maszty zaraz trzasną pod straszliwym naciskiem trzech pełnych
marsli.
- W dół reje! W dół! - krzyczał Wściekły Jack, ochrypły z przejęcia, z wściekłością tłukąc tubą po wantach. Z powodu jednak przechyłu okrętu nie dało się tego zrobić. Stało się rzeczą jasną, że za kilka minut coś musi pójść na zagładę:
albo żagle i olinowanie, albo drzewca, a może i cały kadłub wraz z załogą.
Nagle głos z marsa krzyknął, że widać rozdarcie na marslu grota. W tej chwili usłyszeliśmy huk, jakby wypaliły dwa lub trzy karabiny razem, a ogromny żagiel rozdarł się od góry do dołu jak zasłona w świątyni. To ocaliło grotmaszt, ponieważ reję opuszczono teraz względnie łatwo, a marsowi rozłożyli się na rei, żeby zwinąć porwane płótno. Wkrótce dwa pozostałe marsie zostały wzięte na gejtawy i zrefowane. Ponad rykiem wichru i krzykami załogi dawał się słyszeć posępny dźwięk okrętowego dzwonu, wielkiego jak w wiejskim kościele, spowodowany gwałtownym kołysaniem okrętu. W żadnej wyobraźni nie może powstać takie przerażenie, jakie wywołuje ten dźwięk na morzu podczas nocnego sztormu.
- Usuńcie to widmo! - ryczał Wściekły Jack. - Hej, tam, niech jeden z was skoczy i wyrwie mu serce!
Ale zaledwie zakneblowano upiora, dał się słyszeć jeszcze bardziej przerażający odgłos. Pochodził od toczącej się kuli armatniej, która zerwawszy się na pokładzie działowym ze stelaża, zamieniła tę część okrętu w ogromną kręgielnię. Posłano, by zrobiono z tym porządek, ale wymagało to ryzykowania życiem. Kilku marynarzy zostało okaleczonych, a midszypmen, odkomenderowany do przypilnowania wykonania rozkazu, zameldował, że jest to niemożliwością przed uspokojeniem się sztormu. Najokropniejszą pracą było zwinięcie grotżagla, który na początku szkwałów został wzięty na gejtawy, uspokojony i unieruchomiony, ile się dało za pomocą gordingów zwykłych i dodatkowych. Wściekły Jack czekał na chwilowe
uspokojenie się wiatru, by wydać rozkaz tak niebezpieczny do wykonania, ponieważ zwinięcie tego olbrzymiego żagla podczas takiej wichury wymagało przynajmniej pięćdziesięciu ludzi na rei, a ich ciężar dodany do ciężaru potężnego drzewca jeszcze bardziej narażał ich życie. Lecz nie było widoków na uspokojenie się wichru, w końcu więc rozkaz został wydany. W tym czasie dął w naszą stronę z ukosa huragan deszczu ze śniegiem i olinowanie w przeciągu godziny pokryło się cienką warstewką lodu. - Na górę wszyscy z rei grotmasztu i wszyscy marsowi grota, zwijać grotżagiel! - krzyczał Wściekły Jack.
Rzuciłem kapelusz na pokład, wyśliznąłem się migiem z mego pikowanego kubraka, jednym kopnięciem oswobodziłem stopy z trzewików i wraz z tłumem innych skoczyłem na
wanty. Powyżej nadburcia {które na fregacie jest tak wysokie, że daje osłonę
znajdującym się na pokładzie) wichura dęła straszliwie. Sama siła wiatru
przyciskała nas do olinowania, a każda dłoń zdawała się przymarzać do
lodowatych want, za które trzymaliśmy się.
- Na górę, na górę, moje dzielne chłopaki! - krzyczał Wściekły Jack
i jakoś wszyscy wydostaliśmy się tam, po omacku znajdując drogę na reje.
- Trzymajcie się! Niech się każdy trzyma! - krzyczał stary podoficer artylerzysta. Wrzeszczał, ile miał siły w płucach, w tej wichurze jednak wydawało się to szeptem, ja zaś usłyszałem go tylko dlatego, że był od mojej nawietrznej.
Ale zbędna była to rada. Wbiłem paznokcie w jaksztag, przysięgając, że tylko śmierć zmusi mnie do puszczenia go, zanim będę w stanie się obrócić i spojrzeć w stronę wiatru. Nie była to rzecz możliwa; z trudem mogłem usłyszeć sąsiada tuż przy łokciu od zawietrznej; wicher porywał jego słowa i ulatywał z nimi na biegun
południowy.
Żagiel latał ciągle wkoło, chwilami zakrywając nas z głową, grożąc nam oderwaniem od rei, mimo że obejmowaliśmy ją z całej siły. Blisko przez
godzinę wisieliśmy nad szalejącymi odmętami, grzywacze przewalały się tuż pod
nogami czterech czy pięciu z nas zawieszonych na zawietrznej rei, grożąc zmyciem.
Wtem od nawietrznej doszedł do nas wzdłuż rei rozkaz, że mamy schodzić i zostawić żagiel na porwanie, skoro nie można go zwinąć. Pokazało się, że oficer wachtowy wysłał midszypmena z tym rozkazem, gdyż tam gdzie znajdowaliśmy się, nic nie dałoby się usłyszeć i nie pomogłaby żadna tuba.
Ci po nawietrznej stronie rei zdołali przeczołgać się po niej
i przegramolić się po wantach na dół, ale dla nas, będących od zawietrznej, na najdalszym końcu, taki wyczyn był wykluczony, byłby
wspinaniem się po zboczu przepaści, by dostać się na nawietrzną
i tam dosięgnąć want, gdy całą reję pokrywał lód, a nasze ręce i nogi zdrętwiały, toteż nie ważyliśmy się powierzać im swego życia. Niemniej jednak, pomagając sobie nawzajem, zdołaliśmy rozłożyć się wzdłuż rei, obejmując ją rękami i nogami. W tym położeniu bardzo pomogły nam w pewnym uchwycie
wytyki do żagli bocznych. Może się to wydawać rzeczą dziwną, ale nie przypuszczam, by w tym momencie ktokolwiek z nas na tej rei odczuwał strach. Trzymaliśmy się jej zębami i pazurami, ale był to jedynie instynkt. Prawda tkwi w tym, że w takich okolicznościach uczucie strachu zostaje zniweczone nie dającymi się opisać widokami, jakie obejmują nasze oczy, i odgłosami wypełniającymi uszy. Utożsamiamy się z burzą, nasza znikomość ginie w zamęcie otaczającego nas sztormowego świata.
Znajdująca się pod nami nasza dostojna fregata wydawała się trzy razy dłuższa niż w rzeczywistości, wyglądała jak duży czarny klin przeciwstawiający swój najszerszy koniec połączonej wściekłości morza i wiatru.
Wreszcie pierwsza gwałtowność wichury zaczęła przycichać, a my
natychmiast jęliśmy zabijać ręce, co jest przedwstępną czynnością przed
zabraniem się do roboty, gdyż już wychodził na górę dodatkowy zespół ludzi, by
nam pomóc w zabezpieczeniu tego, co zostało z żagla. Udało nam się jakoś w
końcu go uwiązać i zeszliśmy na dół.
Następnego dnia około południa wichura zelżała na tyle, że
mogliśmy wypuścić dwa refy z marsli i położyć się na nowy kurs, kierując się
wprost na wschód, mając wiatr z rufy. W ten sposób cała ta piękna pogoda, jaką napotkaliśmy, gdy po raz pierwszy podnieśliśmy kotwicę u owego przyjemnego hiszpańskiego brzegu, była jedynie przygrywką do tej jednej straszliwej nocy, tym gorszej, że poprzedziła ją ta zdradliwa cisza. Ale jakim sposobem moglibyśmy się dostać do naszych utęsknionych domów nie napotykając przylądka Horn? Jak moglibyśmy go inaczej minąć? Wprawdzie niektóre statki okrążały go bez narażania się na
niebezpieczeństwo, ale znaczna większość musiała je napotkać. Na szczęście
zdarza się to wszystko mniej więcej w połowie podróży do kraju, tak więc
marynarze mają czas, by się do tego przygotować, a potem wytchnąć, zostawiając
już to wszystko za rufą. Niemniej dla każdego, czy to marynarza, czy człowieka z lądu, jest gdzieś jakiś przylądek Horn. Chłopcy! miejcie się przed nim na baczności, przygotujcie się do niego zawczasu! Siwobrodzi! dziękujcie Bogu, że macie go za sobą! A wy, szczęściarze, dla których dzięki rzadkiemu zrządzeniu losu przylądki Horn są tak spokojne jak Jeziora Lemańskie, nie pochlebiajcie sobie, że szczęśliwy traf jest tym samym co rozsądek i rozwaga, gdyż pomimo całego waszego oleju w głowie roztrzaskalibyście się i poszli na dno, gdyby Duch Przylądka rzekł słowo. Garść refleksji
w związku z przeciwstawieniem się Wściekłego Jacka rozkazom przełożonego
W momencie niebezpieczeństwa jak igła ku magnesowi posłuszeństwo
bez względu na rangę zwraca się ku temu, kto najlepiej nadaje się do
dowodzenia. Prawdę tego zdaje się potwierdzać zachowanie Wściekłego Jacka
podczas sztormu, a zwłaszcza w owym niebezpiecznym momencie, gdy przeciwstawił
się rozkazowi kapitana skierowanemu do sternika. Każdy marynarz wówczas
wiedział, że rozkaz kapitana był w najwyższym stopniu nierozsądny, a może więcej
niż nierozsądny. Te dwa rozkazy, jeden wydany przez kapitana, a drugi przez jego oficera, dokładnie wykazały różnicę ich charakterów. Przez ustawienie steru na zawietrzną kapitan był za pójściem z wiatrem, to jest za ucieczką od wichury, natomiast Wściekły Jack lazł jej prosto w zęby. Zbędną jest rzeczą dowodzić, że w każdym prawie wypadku podobnie silnych szkwałów i wichrów ta druga możliwość, mimo że towarzyszą jej bardziej przerażające zjawiska, jest w rzeczywistości bezpieczniejsza i przeważnie stosowana. Sztormowanie rufą do wiatru czyni nas niewolnikami podmuchów i pędzi nas wraz z nimi, skierowanie się zaś w samo oko wichury pozwala nam w pewnym stopniu stawiać jej czoło. Odpadanie wystawia na atak sztormu rufę, naszą najsłabszą część kadłuba, a postępowanie odwrotne przeciwstawia jej dziób, część najsilniejszą. Z ludźmi jest tak samo jak z okrętami. Ten kto odwraca się tyłem do wroga, działa na jego korzyść, natomiast nasza uzbrojona żebrami pierś, jak zmocowany wręgami dziób fregaty, służy
jak gródź do osłabienia ataku. Owej nocy, u skraju przylądka, kapitan Claret został przynaglony do zdemaskowania się i w okolicznościach wystawiających jego męstwo na próbę okazał swoje prawdziwe oblicze. To, co każdy członek załogi podejrzewał od dawna, sprawdziło się owej nocy. Dotychczas dokonywał obchodu okrętu, rzucając spojrzenia na swoich ludzi dziwnie martwym kapitańskim okiem - ten jego powolny, równy, zbytecznie miarowy krok i ta przymuszona stanowczość w całym zachowaniu, chociaż dla przypadkowego widza na pozór wyrażały świadomość dowodzenia i chęć poddania załogi swojej woli, dla niektórych umysłów były wskazówką, że możliwy jest fakt, iż kapitan Claret[1], bacznie unikając przebrania miarki, stale utrzymuje się w stanie niekompletnej równowagi między trzeźwością a jej przeciwieństwem, która to równowaga może być zniweczona pierwszą gwałtowną odmianą wypadków.
Aczkolwiek jest to jedynie przypuszczenie, niemniej Biały Kubrak,
posiadając niejaką znajomość rodzaju ludzkiego i alkoholu, zaryzykuje twierdzenie,
że gdyby kapitan Claret był zupełnym abstynentem, nigdy by nie wydał tego
nierozsądnego rozkazu "ster na zawietrzną". Albo zachowałby spokój i
pozostał w swojej kabinie, jak jego czcigodna dostojność pan komodor, lub
uprzedziwszy komendę Wściekłego Jacka, ryknął z całej siły: "Ster na
nawietrzną!"
Aby wykazać, jak czasem małe znaczenie mają najsurowsze nawet
regulaminowe zakazy i jak odruchowa jest u niektórych umysłów konieczność
dyskrecji, należy dodać, że chociaż Wściekły Jack pod wpływem gwałtownego
impulsu przeciwstawił się rozkazowi swego przełożonego, i to w jego obecności,
jednakże owego srogiego paragrafu Regulaminu Wojennego, przez niego tak
drastycznie przekroczonego, nigdy wobec niego nie zastosowano. Nigdy też, o ile
to załodze wiadomo, kapitan nie ważył się udzielić mu nagany za jego
zuchwałość.
Mówiono, że Wściekły Jack sam był wielbicielem mocniejszych
trunków. Tak też w istocie było. Ale z tego wszystkiego widać, jaką zaletę ma
pełnienie funkcji stale wymagającej opanowania i silnych nerwów, a jakim
nieszczęściem jest zajmowanie stanowiska, które nie wymaga tych właściwości o
każdej porze. Stosowano tak surową i systematyczną do większości spraw
dyscyplinę na fregacie, że kapitan Claret był do pewnego stopnia zwolniony z
osobistego interweniowania w wielu bieżących sytuacjach, skutkiem czego być
może pozostawał w poczuciu bezpieczeństwa, zażywając spokoju w cieniu swojej
karafki.
Jeśli chodzi o Wściekłego Jacka, ten musiał odbywać swoje zwykłe
wachty, przemierzać nocami pokład rufowy i mieć bystre oko na wszystko. Z tego
powodu Wściekły Jack na morzu usilnie dbał o to, by pozostawać trzeźwym,
chociaż przy pięknej pogodzie dawał się czasem skusić na jeden kieliszek za
dużo. Jednakże mając przed sobą przylądek Horn, podjął solenne postanowienie
wystrzegania się napojów alkoholowych do momentu, aż niebezpieczny cypel
znajdzie się daleko za rufą.
Ten najpoważniejszy incydent, jaki wydarzył się podczas sztormu,
nasuwa natarczywe pytanie, czyżby w Amerykańskiej Marynarce Wojennej znajdowali
się oficerowie bez należytych kwalifikacji? To znaczy nie nadający się do
należytego wywiązywania się z zadania, jakie może być na nich nałożone. Czy
istotnie w tej dzielnej marynarce, która w ostatniej wojnie[2]
okryła się dość znaczną sławą, jest rzeczą możliwą, by do dnia dzisiejszego
znajdowali się nieudolni oficerowie? Podobnie jak w obozie na lądzie, tak w morzu na rufówce fanfary jednego zwycięstwa zagłuszają przytłumione werble tysięcy klęsk. W pewnym stopniu jest to prawdą w odniesieniu do tych wojennych wydarzeń, które są nijakie w swoim charakterze, nie przynoszące ani zaszczytu, ani hańby. Poza tym, podobnie jak długi szereg cyfr mający na czele jeden liczebnik urasta jedynie siłą zespolenia do niezmiernej arytmetycznej sumy, tam samo w jakiejś wspaniałej akcji gromada oficerów, z których każdy pojedynczo jest zupełnie nieudolny, zespolona razem nabiera sławy pod dowództwem jakiegoś pojedynczego Nelsona czy Wellingtona. Sława takich bohaterów trwa dłużej niż oni sami, zostaje w dziedzictwie przekazana ich pozostałym przy życiu podwładnym. Jeden
potężny mózg i jedno dzielne serce posiadają wystarczającą dzielność, by
zelektryzować całą flotę czy armię. Gdyby wszystkich tych ludzi, którzy od
początku świata przyczynili się głównie do wojennych sukcesów czy klęsk całych
narodów, zebrano razem, bylibyśmy zdumieni, widząc zaledwie garstkę bohaterów.
Nie ma bohaterstwa w podsuwaniu tylko i w odsuwaniu armaty od furty wśród
okrywających ją dymów i oparów albo w strzelaniu na komendę z karabinów całym
plutonem. Tego rodzaju ręczna dzielność rodzi się często z drżenia serca. Mogą
istnieć ludzie indywidualnie tchórzliwi, którzy zespoleni okażą nawet pewną
zuchwałość. Niemniej jednak byłoby rzeczą niewłaściwą zaprzeczać, że w
niektórych wypadkach nawet najzwyklejsi szeregowcy wykazali się większą
dzielnością niż ich dowódcy. Prawdziwe bohaterstwo nie znajduje się w ręce,
lecz bierze się z głowy i serca.
[1] Nomen
omen, gdyż Claret znaczy dosłownie: czerwone wino, bordo. Prawie wszystkie
nazwiska są w książce znaczące, ale gdy nie mają wyraźnego charakteru
przydomka, podkreślonego przez autora, zostawiamy w wersji oryginalnej.
[2]Chodzi zapewne o zwycięską
wojnę z Anglią
w latach 1812-1814
|
|
|